Bernard Hopkins to 51-letni bokser, który zaczął karierę w 1988 roku od przegranej z C. Mitchelem. Potem pokonywał rywala za rywalem, aby stać się legendą. Uzyskał wspaniały rekord pięćdziesięciu pięciu walk i tylko ośmiu przegranych, trzydzieści dwa razy nokautując przeciwników. Ostatnią oficjalną walkę stoczył 17-tego grudnia w Kalifornii z J. Smithem Juniorem, przegrywając w ósmej rundzie przez TKO. Ten 27-letni pięściarz serią ciosów na szczękę posłał mistrza na zasłużoną emeryturę, ale także poza ring. Hopkins otarł się o śmierć, oparłszy się o liny, tak niefortunnie się uchylał, że wykonał o jeden skręt tułowia za dużo i wypadł z ringu.
Zdjęcia filmowe wylatującego z ringu wielkiego, może największego sportowca ostatnich 25 lat obiegły świat i wszystkie serwisy. Widać na nich dokładnie, jak stojący przy ringu mężczyzna odsuwa się z miejsca, na które spada niemal bezwiednie zemdlone ciało Hopkinsa o wzroście 185 cm i wadze 72 kilogramów. Tylko dzięki jakiemuś odruchowi samoobrony, instynktowi organizmu sportowiec przeżył ten upadek, wyginając się w taki sposób, że nie złamał karku. Wstał i wolno dochodząc do siebie, w końcu oprzytomniał.
Z całej walki pożegnalnej mistrza w pamięci pozostanie smutny fakt obojętności otoczenia na krzywdę, jaka stała się tej nocy i wizja tragedii, której na szczęście uniknął bokser.

Smith znokautował Hopkinsa na jego własne życzenie.
Wielki sportowiec Bernard Hopkins był zbyt pewny siebie. Mógł zaprosić do ringu jakiegoś starego przyjaciela, aby dać mu zarobić i łagodnie pożegnać się ze sportem. Zgodził się na walkę z „ringowym wymiataczem”, którego rekord 23 walki a w tym 19 nokautów rywali (także Andrzeja Fonfarę), mówi sam za siebie. Hopkins został ukarany za pychę i arogancję, naiwność i być może chciwość.
Z kolei mężczyzna przyglądający się jego upadkowi powinien zostać ukarany za obojętność i współudział w przestępstwie – gdyby taki paragraf istniał. Owszem, nie miał obowiązku łapać, podtrzymywać spadającego z ringu ciała mistrza, ale mógł to zrobić. Podczas gali Polsatu w Ełku w 2015 r. Michał Syrowatka niemal zleciał z ringu po ciosach Rafała Jackiewicza. Uratowały go liny i kochająca kobieta. Hopkins nie miał tyle szczęścia, wyrżnął o podłogę hali i mógł złamać kark albo kręgosłup, tracąc życie lub nabawiając się kalectwa.
Historia zakończenia kariery Hopkinsa mogła być tragiczna. Wypływające z niej smutne wnioski należy zapamiętać. Nie warto zmagać się z losem i walczyć ku pokrzepieniu serc, nadstawiając karku, ryzykując życie. „Trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny niepokonanym”, aby pozostawić w pamięci swoich fanów najlepsze wspomnienia.
I uwaga do sportowców: najwięksi z fanów, stojący tuż przy ringu, czyli tuż przy Tobie, mogą w kluczowym momencie odsunąć się i nie podać pomocnej dłoni, odpłacając się za wiele lat Twoich sukcesów a ich satysfakcji i radości obojętnością. Ta prawda dotyczy każdego człowieka, kolegi z podwórka, współpracownika itp.

